≡ Menu

Armada cz.4

– To moje miasto, kurka wodna. Przyjechałem tu dwadzieścia lat temu, jak sie skończyło jeżdżenie do Bułgarii na przebitkę. No tam dobrze się zarabiało. Dostała nam się po wojnie, po Niemcach, fabryka kremów Nivea. We wschodnim bloku Polska miała monopol na ten krem. No to się do Bułgarii jeździło z tymi kremami i paroma innymi rzeczami. Pięknie było. Dolary były. Odwilż była. No ale musiały spierdolić solidaruchy-pedały, więc wyjechałem tu. Firmę mam budowlaną.

Do mieszkania, niedaleko stacji Atocha, wiózł mnie około pięćdziesięcioletni, niski, gruby i trochę łysy przedstawiciel kasty budowlańców czyli masonów. Znalazłem ogłoszenie o mieszkaniu do wynajęcia w kościele, gdzie odbywały się polskie msze. Wisiało na tablicy z ogłoszeniami o nauce hiszpańskiego, sprzedaży wózka dziecięcego, prawie nowego, o warsztacie naprawy samochodów, gdzie mówi się tylko po polsku, przewozach osób i towarów do Polski tanio. Przyczepione czterema pinezkami, wokół nie było żadnego innego. Widać, że wieszający usunął konkurencję i to wszystko, co przeszkadzałoby w odbiorze komunikatu. Spodobała mi się przebojowość tego kogoś więc zatelefonowałem pod numer wykaligrafowany w taki sposób, że od razu widać było szacunek do cyfr. Głos w słuchawce obiecał dowieźć osobiście.

– A kobiety tu możesz mieć jak masz kasę. Wszystkie lecą na kasę. Wszędzie tak jest, ale tu najbardziej. Pokażesz, że nie masz kasy to uciekają. Ja do Polski nigdy nie jeżdzę bez 10 tysięcy na tydzień. Synowi kupiłem skuter, o taki sam – wskazał na Vespę. – Leży, muszę sprzedać. Pięćset jak chcesz kupić. W życiu jest ważny umiar. Gówniarz ma wszystko czego chce. Matka go rozpieściła. Zamiast pojeździć sobie na skuterze po mieście, woli magazyny z modą oglądać, a co tydzień inna fryzura. Solidarność zepsuła Europę.

Kurka Wodna wylewał mi swe mądrości tak jakby miał za chwilę odejść na zawsze i rozpaczliwie szukał kogoś, komu mógłby swoją bezcenną wiedzę zostawić. Słuchałem uważnie starając się zapominać każde słowo.

Mieszkanie było małe, ale blisko Plaza de Espana. Była ciepła woda, ale zimnej nie było. Od sąsiadów odgradzało mnie coś co tylko poeci mogli nazwać ścianą. Była mikrofalówka, małe łóżko i radio. Trzy rzeczy potrzebne tylko chorym ludziom.

Na całym świecie kościoły, meczety i inne przybytki powstają i upadają od tysięcy lat. I od tysięcy lat znajdują się mecenasi kultury sakralnej podnoszący owe przybytki z ruin. Moim zadaniem było pomóc franciszkanom w odbudowie kaplicy, żeby móc zrealizować plan Wolfganga.

Przeor zakonu zbierał datki na odbudowę kaplicy od dawna. Prace jeszcze nie ruszyły, bo kasy nie było, żeby zacząć. Miałem od Wolfganga czek na sumę, która się nie mieściła na żółtym papierku.

– Dzień dobry. Reprezentuję darczyńcę, który chciałby pozostać anonimowy. Oto czek.

Przeor się przeżegnał spojrzał w górę i podziękował niebiosom co sprawiło, że poczułem się zbędny. Przez dobre pół godziny kłamałem o wspaniałym Niemcu i jego matce Hiszpance, której ostatnią wolą było spocząć gdzieś tu niedaleko kaplicy, w której poznała swojego męża. O tym że zawsze chciałem zostać księdzem, ale się bałem. O tym, że odnalazłem swoje miejsce na ziemi hodując owce. O drżeniu na samą myśl, że będę mógł komuś pomóc.

– Kiedy można rozpocząć prace? – zapytałem po chwili.

– Potrzebny jest ktoś kto będzie nadzorował prace. Nie mamy wśród braci nikogo takiego. Trzeba wynająć.

– Nie trzeba. Zajmę się tym – powiedziałem z ulgą, że nie muszę tego pomysłu forsować.

– Prace potrwają pewnie długo, będzie potrzebne kilka ekip, ale najważniejsze to znaleźć wykonawcę, który zrobi najgorsze ciężkie prace budowlane. To może być trudne teraz.

– Nie będzie, kurka wodna – powiedziałem będąc pewnym sukcesu.

Przeor po raz kolejny podziękował niebiosom, a ja już nie miałem oporów zapytać o dostęp do wszystkich pomieszczeń klasztoru w celach organizacyjnych. Ustaliliśmy, że zorganizuję wszystko w przeciągu dwóch tygodni, gdy tylko się zadomowię, a przeor podzwoni tu i tam, żeby się upewnić co do mnie i swoich przełożonych i przepraszał za to trzy razy.

– Znowu remonty – pomyślałem wracając metrem na Atocha. Marokańczyk obserwował transwestytę w kusej spódniczce z nieogolonymi nogami, a dokładniej jego torebkę. Starszy człowiek mówił coś do siebie. Jakiś Polak przebrany za mima, ze łzami w oczach tłumaczył koledze, że ciężko zarobione sześć euro ktoś mu zajebał. Ludzie czytali, słuchali muzyki. Zaczynałem być częścią tego małego świata. Zaczynałem oddychać tym powietrzem. Piłem tamtejszą kawę. Jadłem miejscowe jedzenie. Obserwowałem umorusanych kilkuletnich chłopców na podwórkach z tyłu kamienic, którzy robili z piłką to, czego kadra narodowa Polski, za tysiąc lat nie bedzie potrafiła. To była fascynacja prawami fizyki i radość z ich wykorzystania z przyjaciółmi. Ruch piłki zastępował słowa. Wymiana zdań była poezją, na którą patrzyłem zahipnotyzowany. Kładłem się na ławkach w cieniu drzew podczas siesty przysłuchując się odgłosom miasta. Wychodziłem po 22 wieczorem gdy temperatura opadała do 26 stopni, a do oszronionego piwa przychodziły trzy talerze tapas. Patrzyłem na głośne dziewczyny, piękne kobiety, cwaniakowatych młodzieńców i skupionych mężczyzn. Znowu czułem się niepewnie i obco, ale z pewnością, że jestem we właściwym miejscu. Jak noworodek.