≡ Menu

Kanary cz.1

Opowiem jak było. Jak dziewczynki uczyłem fizyki we Frankfurcie, jak znalazłem torbę, co należała do średniowiecznego Hiszpana i jak mnie na księdza uczyli. Zanim to wszystko mnie dopadło kończyłem semestr, był czerwiec i zachciało mi się domu.

Jak szedłem i mi się zmieniało przed oczami to coś mnie wzruszało i zaczynałem kombinować. Rozwijało się samo. Samo się plotło. Na przykład baba szła z dzieckiem to ja chciałem zapamiętać co ma na sobie, jak ubrana jest i dziecko, a wychodziło zaraz, co jadła na śniadanie, jak wstała, męża odprawiła, dziecko odprawiła, drugie wzięła i wyszła z domu. Jak wymyślałem to mi się zaczynało zbaczać z tematów i co chwilę musiałem sobie przypominać o czym to ja myślałem. Albo nerwy mi się klekotały i miałem taki burdel w głowie, że nic nie potrafiłem zrobić, a najchętniej to bym coś wypił. Bo jak się obudzę po piciu to wtedy na kacu jest takie wszystko spokojne. Pomysły przychodzą najlepsze, wszystko tak się układa w głowie jakby recytować wiersz. Ale nie zawsze, bo kac bywa różny. Jak się zrobię winem i nie palę fajek to jest dobrze, i jem coś jeszcze ale nie dużo, ale jak namieszam i fajek z dwie paczki wypalę to na kacu zdycham, agonia powolna. Palę często do piwa tylko, a i to nie zawsze. Normalnie to mi szkodzą. Paliłem kiedyś takie chyba Saint Luise Queen czy jakoś tak. Cygaretki bardziej, ale najlepsze. Jak się ciągnęło to dym był taki tłusty i gęsty jak kisiel, i taki zimny. Ale drogie były i to jeszcze wtedy kiedy marki były w Niemczech. Kumpel mi przywiózł, ale chyba ukradł. Chyba, bo wtedy wszystko ukradł i policja go szukała. Ale to on chyba trochę stuknięty był, nie wiadomo.

Cyfry mi się wyobrażają na tle kolorów i nie wiem skąd to. Chyba przez leki. Miałem uczulenie na sierść zwierząt za dzieciaka i lekarze nie wiedzieli, a myśleli, że coś z płucami i napierdalali mi zastrzyki-antybiotyki jak choremu. Że ja kurwa żyję to paradoks. No i chyba mi zostało poorane. Odkąd pamiętam to mam i raczej myślałem, że tak ma każdy. Takie to było oczywiste, jak wszystko. Myślisz cyfrę, a ona niebieska. Później się okazało, że to nie za bardzo normalne. I możliwe, że to też od niedotlenienia może być. A ja wymyśliłem, że sobie pomogę i tak się nauczę dodawać i odejmować zamiast cyfry to kolory i coś z tego będzie. Jaja takie wyszły; raczej nic nie chciało wychodzić, a dwa i dwa to czasem było cztery ale rzadko. Jak zaczynałem tak się skupiać na tych liczeniach to się zaczynało mi wszystko układać, uspokajać z sensem. Nie potrzebowałem kaca na przykład. Szedłem, myślałem takie bez sensu nie związane kawałki i kolory i cyfry i dźwięki, tak wszystko naraz, jakby wyłączyć wymyślanie tylko patrzeć co mózg podrzuci i oczy, i uszy. Aż szumiało i piszczało w uszach czasami.

Pracowałem w życiu, ale rzadko legalnie. Jako nastolatek to się pracowało na legalu, później to już rzadziej. Łatwe roboty się trafiały to brałem. Miałem smykałkę do elektroniki i mechanicznych rzeczy. Brali mnie najróżniejsi do robótek szybkich i niebezpiecznych. Chwila adrenaliny i kasa leciała. Jesteś student, masz kasę na wszystko, a w dodatku ekstra z lewizny. Takie pieniądze to się traktowało na luzie, tak jak wpadały tak wypadały. Nie musiałem pracować. I w końcu musiałem, a raczej chciałem. Tak zostałem kanarem i tak się wszystko zaczęło. Spróbuję opisać, ale głowy za to nie dam, bo ciężko mi to idzie. Próbowałem czytać książki i patrzeć tylko na styl, albo opowiadania, żeby się nauczyć, ale też nie pomogło. Napiszę jak myślę i tyle.

Mieszkałem po różnych akademikach, mieszkaniach i hotelikach. Jak cygan, kontraktowiec. W takich miejscach żyłem, że jak sobie przypominam to raczej myślę, że mi się to kiedyś śniło, a teraz pamiętam niby prawdziwe. Wiecznie niewygodnie i w stresie. Zachciało mi się normalnego mieszkania, jedzenia, ciepła i najnormalniejszego oglądania telewizora w kapciach, albo bez. Ale nie od razu żeby zarobić, stabilizacja, sadło i tłuszcz. Nie. Po prostu napadło mnie, że odpocząć muszę. Zostawić to towarzystwo wzajemnej adoracji, te głupie dupeczki, co to po kilku piwach są do dyspozycji, to niedopowiadanie wieczne, te niekonsekwencje, fuszerki na każdym kroku. Tę knajpę, w której fortunę zostawiłem, przyjaciół od kieliszka i dramaty po pijaku. Chciałem inaczej. Zamieszkać normalnie. Żaden akademik czy stancja z czternastoma współlokatorami w trzech pokojach. Bez awantur o zmywanie naczyń i grafik sprzątania, bez tych pielgrzymek po pokoju, gdy sobie kimasz, dobytku w walizce, cudzej pościeli. Dom swój, kurwa dom, z kiblem, na który siadasz tylko ty.

Zacząłem myśleć o kasie. Jakby to było cos ważnego do przeżycia. Taka insulina, żeby żyć normalnie. Ludzka insulina. Za gówniarza z kuzynem żeśmy przez kalkę odrysowywali Kopernika z tysiąca. Wtedy weszły te ołówki automatyczne z cieniutkimi rysikami. Super sprawa do produkcji pieniędzy. Robiliśmy z tego okropną tajemnicę. Że niby nielegalne. Później, chyba w dalekiej podstawówce, pierwszy i ostatni mój staloryt to też była matryca, chyba jednodolarówki. Ślad po kwasie azotowym długo miałem. Ale to nie tędy droga. Zarabiać trzeba było. Rodzice coś tam pomogli, coś się dorobiło, ale za mało. Zarabiać kasy odpowiednio dużo, żeby wystarczyło na prywatny dom – tego mi trzeba było.

Miałem znajomości jakieś. Paru grubasów miało u mnie dług za roboty ekstra jak na przykład to przelepianie etykiet metalowych puszek opisanych po chińsku na niemieckie i przewóz przez granicę. Nie chciałem ich prosić. Najlepiej samemu znaleźć z dala od układów. Układów miałem dosyć. Pływasz jak ryba w mętnej wodzie i pilnujesz, żeby cię nie wyruchali. Kręcisz z jednym, z drugim i prowadzisz gierki – jeden przeciwko drugiemu i wszystko jest spoko do czasu następnego interesu. Wtedy trzeba pamiętać, co się wcześniej robiło i z kim. Taka partia szachów z kilkunastoma przeciwnikami. Jak jesteś słaby to się potykasz i wylatujesz. W najlepszym razie goły i wesoły. Czasem tylko goły. Męczyło mnie to kręcenie wałów z cwaniakami. Każdy z nich był umoczony w lewiznę i każdy miał wejścia w urzędach i policji. A z tymi to już nie były szachy tylko poker.

O robotę było ciężko, tyle że jako student to niby łatwiej bo i ZUS odpada itp. Poza tym do studenta zawsze ludzie inaczej podchodzą. To znaczy różnie podchodzą. Jedni, a wcale ich nie mało, to uważają, że student to się do niczego nie nadaje. Trochę maja racji, jak się tak rozejrzeć po uczelniach. Nieważne. No to ja się zacząłem się rozglądać, słuchać, czytać, pytać i trafiłem na ofertę, co była dla studentów i to było podkreślone. Coś mi świtało, że znajomi z akademika robili podobne tematy i mówili, że kasa za frajer leci. Że nic nie trzeba robić, taka studencka robota. Wybrałem się do nich z prezentem ułatwiającym dialog i rozkoszowaliśmy się do późna, bo oni też mieli. Ustaliłem, że pójdę z jednym takim, co też chciał, a już to robił. Wdrożę się w robotę, ludzi poznam i będzie gicior, ale jak zwykle niedogadana sprawa.

Poszliśmy na spotkanie do biura firmy rekrutacyjnej, a tam taki przekrój społeczny, że szok. Jacyś renciści, co chcieli dorobić, jakiś jeden cwaniaczek non stop w ciemnych okularach, jakaś kobita wypudrowana w niebieski i zieleń, kumpel, koleś opowiadający jakiemuś chudemu o starych czasach w ubecji. I paru innych. Wzięli nas do dużej Sali wszystkich razem i zaczęli cos o MZK, o badaniach przepływu ludzi w komunikacji i o reklamie. Już wtedy zacząłem łapać, co to będzie. Jak okazało się, że to zwykłe kanarowanie szlag mnie trafił. Zwyzywałem kumpla, że mnie chujem chce zrobić. Nic nie było mowy o kanarowaniu, jak wódkę piliśmy. On się tłumaczył nieporozumieniem, a ja mu focha strzeliłem. Pomyślałem wtedy, że poszukam jeszcze, bo początki zawsze trudne i nie będę łapał wszystkiego, co się napatoczy, że będę wybredny. Pierwsza robota i trafiona, ale kanarowanie to nie bardzo. Ja nigdy biletu nie kupuję, a kanara jak kiedyś wsiadał to z buta po ryju pojechałem. Wyleciał przez drzwi i upadł na śnieg, leżał jak odjeżdżałem. Długo leżał. Poza tym kanary śmierdzą i oszukują. Kumple to by mi przecież srali na wycieraczkę. Ja nie chciałem.

Wstałem następnego dnia około południa, bo wolne miałem, to znaczy non stop miałem wolne, ale od uczelni wolne. Znaczy wykłady miałem nieobowiązkowe, zresztą ostatnie. Wstałem i wyruszyłem w miasto się rozejrzeć. Złaziłem całe miasto chyba, byłem wszędzie, gdzie była szansa na robotę.

Jednego takiego pedała znałem, co mnie zawsze zapraszał po dwóch piwach do siebie, żeby mu głowicę video wyczyścić. On był jakimś kimś od animacji kultury czy czegoś takiego. Wejścia miał wszędzie, ale nie dał rady. Może by i dał, ale ja tam nie bardzo po tych piwach się z nim dogadywałem.

Znowu taki Jimi rastaman podklepał temat z dużą kasą. Gajerek miałem jeszcze po studniówce to nawet włożyłem. Zajebista rozmowa kwalifikacyjna, w hotelu, poczęstunek, kawa, herbata, ciastka i tym podobne. Było zebranie, młody, odpicowany facet opowiadał ile zarabia, i że to początek dopiero, że zaczynał od zera w tej firmie, i że wrócił wczoraj z Majorki, ale zimno było. Później babka, taka, widać z klasą, po pilingu, rysowała jakieś sieci na tablicy. Pokazywali te niby cudowną chemię do mycia garów, co to ją można normalnie wpierdalać i się nic nie stanie, rozdali kupę kolorowych gazet i kserokopii. Na końcu kazali klaskać i kupić starter za pięć stów, że niby się zwróci do środy. Jedna starsza kobiecina siedziała obok mnie i po tym spotkaniu powiedziała mi, że przychodzi co dwa tygodnie, bo jej to daje energie.

Później ogłoszenie z gazety. Ale jak zadzwoniłem to koleś powiedział, że chcieli akwizytorkę, że niby kobieta to wzbudza zaufanie. Co to miało znaczyć? Że ja nie wzbudzam? Kolo nadawał, że musi być wysoka i szczupła dziewczyna, bo targetem są mężczyźni 25 -35 lat. To ja się pytam:

– Czemu w ogłoszeniu nie napisaliście? – A on na to, że nie o wszystkim w ogłoszeniu można napisać.

Byłem w Urzędzie Miasta, bo tam zawsze kogoś chcą. Chcieli młodego po studiach, ze stażem. Pytam się w kadrach kiedy, kurwa, ten staż zaraz po studiach jak ktoś młody? I awantura z biurwami, zasiedziałymi, tłustymi babami w okularach na złotym łańcuszku. Taki kok z drewnianymi szpilami jedna miała i patrzyła się na mnie znad okularów, a druga gadała do siebie, że teraz wszyscy by chcieli do urzędu, ale czasy się zmieniają i trzeba coś wiedzieć.

Nawet u Kuli w knajpie na zmywak bym mógł. Poszedłem przed zamknięciem i kielicha wypiłem. Powiedział, że nie ma sprawy ale uprzedza, że więcej niż stówę na tydzień mi nie może dać. Trzy godziny codziennie za stówę na tydzień to nie. Odmówiłem, choć głupio jest odmawiać jak nie ma roboty, a ktoś ci proponuje.

– Spróbuję tego kanarowania, ale jak mi tylko coś nie spasuje, jak wywącham lipę to się zabieram. Co mi szkodzi – myślałem. – Jakoś to będzie z kumplami, tylko jak jej to powiedzieć….

Miałem wtedy taką gwiazdkę, co to biegała w różowej kurtce ortalionowej do pępka i w mini takiej, że całego bobra na widowisko odsłaniała. Czemu ze mną była skoro jej klimat to beemki i panowie tracący dwa kawałki w godzinę na maszynach? Ja tego nie wiem, może jej zaimponowało, że taki koleś jak ja potrafi w pół minuty radio na krótko podłączyć w nowiutkim Mietku bez stacyjki, albo bęben w jednorękim bandycie tak wyważyć, żeby było dobrze. Cwaniara taka, myślała, że nie wiem kto ją stuka oprócz mnie, a raczej kto nie stuka. Te jej studia na Akademii Ekonomicznej to jak kwiatek do kożucha albo Pismo Święte w burdelu. Strach był jej powiedzieć, bo po pierwsze, to jakby dać ogłoszenie na frontpejdża; każdy w tym mieście będzie wiedział za dwie godziny taką historię jak tylko Hollywood wymyśla, a drugie to, że z ruchania nici, bo będę nikt dla niej. Ale ona nie lepsza i te niby wakacyjne zbieranie truskawek w Heidelbergu, to raczej robota na kolanach była więc nie szkoda. Pościemniam ją ile się da i tyle – myślałem. – I tak na nią za dużo wydaję.

– Będzie kiepsko to się zmyjesz najwyżej. Pod pozorem badania przepływu ludzi w MZK studenci zapieprzają jako kanary. Kasa dobra. Robota lekka. Jak się człowiek nauczy opierdalać to będzie ok. Dużo jest przystanków i przerw między kursami więc naprawdę to prawdziwej pracy mało.

Tak mówił kumpel, a ja i tak nie wierzyłem ale się zdecydowałem.

Poszedłem po paru dniach do księgowości z papierami, które dostałem w agencji. Tam mi baba z cyckami, co wyglądały jak spłaszczone chleby dała następne kwity. Podpisałem. NIP, PESEL itp. Wzięli mnie na krótką gadkę kto z kim i gdzie. Numery telefonów w razie czego dali. Przepytali o urlopy itp. Start od następnego dnia. Szybko. Na korytarzu sobie myślałem jak to będą ludzie na mnie pluć i jak ten kanar zbutowany przeze mnie się długo leczył. Strach był, nie powiem. Nawet się wróciłem z zamiarem poddania. Uspokoili mnie w biurze. Że niby na początku mieli mi pomagać stare kanary z MZK, tacy, co to fałszywy bilet na dotyk wykrywają, że ja nic na początku nie będę robił, tylko sobie obserwował. To miało pomóc, ale nie pomogło. Całą noc nie spałem. Nie dlatego, że to był akademik i koleś z łóżka obok robił parapetówkę. I nie dlatego, żebym był przewrażliwiony, ale trochę miałem nerwy skołatane przez dupy i wódę i każde małe stresy mi się rozrastały błyskawicznie do tragedii antycznej. Kołatało mi w piersiach serce, oj tak. Myślałem raz o prowizjach co niby najlepsi po kilka tysięcy do łapy miesięcznie brali, a raz o tym jak mnie napierdala czterech nastolatków na tyle autobusu i znikają na przystanku. Zacząłem wymyślać, film sobie kręciłem o tym kanarowaniu, taką tragikomedię w głowie. Że chodzę w czapce kontrolera takiej za dużej zajebiście i śpiewam ludziom zakazane piosenki. Urwisy miejscowe przebijają mi piątkę, a dzieci podają lizaki, no i sprawdzam bilety, i wszyscy mają te bilety uśmiechnięci. Tak mnie to zmęczyło, że zasnąłem. No i zaspałem. Później przez całe moje życie, do wszystkich robót się spóźniałem, co do jednej, każda robota to wtopa na dzień dobry. Każda. Fatum kanara się ciągnęło i myślałem nawet, że to jakaś siła mi pokazuje, że do roboty się nie nadaję.

Oczy otworzyłem i już wiedziałem, że jest późno. To się wie w ułamku sekundy. Jakby był jakiś zegar w środku albo coś. Otwierasz oczy, rzucasz się na zegarek szczupakiem i bałagan w głowie. Momentalnie gorąco. Wyrwałem z łóżka. Nie myłem się, tylko prosto w opakowanie, jabłko wziąłem do torby, papiery i długa na przystanek. Wieczorem z mokrą głową się położyłem więc rano miałem trwałą z lewego boku, a to wiadomo, że nie przygładzisz. Możesz pluć i przyciskać, ale nie przygładzisz bez wody. Jechałem z podkrążonymi oczami i irokezem z lewej i patrzyłem na ludzi.

W środku czułem się ważniejszy od całej reszty. Kierowca już nie był anonimowym robotem za kółkiem. To był prawdziwy koleś z prawem jazdy, który wstaje codziennie rano o piątej albo po południu na drugą. Musi sprawdzać te wszystkie kontrolki, patrzeć na ludzi czy kogoś nie ściska drzwiami, sprzedawać bilety, martwić o resztę, jak ktoś płaci grubymi i gadać do tych, co wejdą się tylko zapytać czy jedzie na Słowackiego. Prawdziwy kapitan. Stanąłem obok kasownika i patrzyłem ludziom na ręce i na miny. Jaki bilet człowiek kasuje i co robi z oczami. Jedna babka to jak wkładała bilet do szparki kasownika to rozchyliła usta, a jak chrobotnął kasownik i wybił numery to zamknęła oczy na momencik. Nastolatki wypizdrzone, wymalowane co powinny być w szkole o tej porze to kasowały jakby im łaskę maszyna robiła. Starsi ludzie to kasowali tak delikatnie bilet i trzymali go jak święty obrazek z taką estymą. Nigdy wcześniej się tak długo nie przyglądałem kasownikowi. Kupa roboty taki kasownik. Jakiś człowiek go projektuje, sprawdza, podłącza. Kasuje sto biletów, tysiąc. Inny projektuje obudowę przeciwko wandalom. Montują później dziesięć w różnych autobusach i testują. Siadają sobie naprzeciwko kasownika i patrzą na miny ludzi.

Ze dwadzieścia minut po czasie byłem na przystanku, z którego miał być początek trasy. Nadjechał autobus, wsiadam, a tu kanarów nie ma. Mieli być dwaj starzy wyjadacze, a w autobusie pusto. Kierowca się gapi na mnie z pytaniem w oczach czy zostaję, czy wychodzę, czy co ja jestem? Zapytałem o sprawdzających, a on mówi, że nie było u niego dzisiaj. To go pytam, jak nie było, skoro w grafiku mają być? A on, że nie było. Zaczął o piątej czterdzieści bez kontroli i mówi, że może ja nie zaczynam dzisiaj. Może nie i skołowany pojechałem na zajezdnię, a tu w grafiku inny autobus i inny przystanek na start. Jak ja się patrzyłem na rozkład wcześniej nie wiadomo, ale wtedy to jak na kartkę z testu na syfa. Dziesięć razy czytałem to samo, palcem jeździłem po literkach. No to, myślę, problem z głowy. Wyrzucą mnie, wypierdolą jak frajera. Zapaliłem od razu peta od zawiadowcy, który stał obok i też oglądał rozkład. Co zrobić z tak rozpoczętym dniem reszty życia?

– W Japonii jakiś zawiadowca popełnił samobójstwo, bo przez niego się pociąg spóźnił trzy minuty – nie wiadomo po co powiedział dyżurny ruchu z Polski.

Więc dzwonię z dyżurki, bo kredytu nie miałem, do kumpla z samochodem, i że gonimy autobusy mu mówię. Musimy gonić natychmiastowo, więc niech przyjeżdża raz dwa. Przyjechał z jakimś kolesiem, który chciał zobaczyć spóźnionego kanara i gonimy. Najpierw pojechaliśmy wzdłuż trasy mojego numeru, ale nie trafiliśmy. Zaczęły się teksty, że trzeba było na dyżurce się pytać i w ogóle do dupy taka gonitwa. Po dwa, trzy naraz autobusy są w trasie. Który mój, bo się spóźniają, spieszą i na godziny rozkładu nie ma co patrzeć? Nie wiadomo. W końcu jeden kierowca, którego zaczepiliśmy na jednej z pętli przez radio się dowiedział. Stoi tam i tam, będzie tu za piętnaście minut, Żółwiu kierowca, o nim później. Przyjechał zgodnie z planem. Wpadłem zdyszany do środka i widzę, że są. Jeden siedział tyłem, a drugi, od razu do mnie i bilet chce. No to ja pokazuję identyfikator i mówię, że przepraszam, a on przez cały autobus do tego drugiego:

– Jest. Godzina do tyłu. Będzie pokład szorował.