≡ Menu

Kanary cz.2

Nauczyłem się szybko rozpiskę robić, czyli autobusy, numery, bilety itp. Specjalne kartki były z tabelami. Pomagali mi bardzo, a nawet za mnie robili. Mówili, co jest ważne, a co olewać. Jak nie olewałem to opieprzali. Musiałem olewać pewne tematy, żeby się wyrobić, ale to zawsze się wie później. Fachowcy to byli nieprzeciętni. Jednego nazwałem Rzeromski, bo na rozpisce ulic jedną tak napisał. Facet miał ze dwa metry. Napakowany mięśniami, ząb miał, co drugi czarny. Z pudła wyszedł i w ramach powrotu do społeczeństwa znalazł jedyną pracę gdzie się nadawał i go chcieli. Uśmiechnięty zawsze, buźka okrągła, niedogolony, trochę śmierdział. Drugi to Radny. Radny, bo to było tak.

Na początku to oni dwaj spisywali, kto i jaki bilet ma albo nie ma i spisywali dane. Spisywali też dane rencistów, którzy nie mieli wszystkich kwitów, mierzyli bagaże metrówkami, podrywali nastolatki. Stałem obok kierowcy i liczyłem ile ludzi wsiada i wysiada na danym przystanku. To była moja robota. Jedna babka nie miała biletu i zaczęła na spokojnie gadkę z jeszcze nie-Radnym. Tak go ładnie prosiła, że i on na spokojnie wszystko brał, trochę z humorem. Przychylił się jej do ucha i niby szepce pokazując na mnie:

– Widzi pani tego tam?

-A widzę, a kto to?

-To radny z Urzędu Miasta. Tu go wysłali, żeby nas pilnował.

-A, co on tam tak liczy?- Zapytała cicho.

A już-Radny się odsunął od niej i tak teatralnie jakby wściekły:

– Jak to, co? Mnie liczy, panią liczy, ludzi liczy, wszystkich nas tu liczy. Jak mu się nie będzie zgadzało, albo jak ja panią puszczę to nam takie ceny dopierdolą biletów, że my już wszyscy nic tylko tynk wpierdalać. Czynsze, jak podnieśli? Przez niepłacących. Naprawdę kochaniutka, dowodzik, piszemy raz dwa i po sprawie, nie ma rady na tych radnych, naprawdę – powiedział do baby. Ta zmrużyła oczy patrząc się na mnie trochę z niechęcią i podała mu dowód. – Co racja to racja. Trudno się mówi i żyje się dalej.

Tak został Radnym. Mnie nazwali Młody. To chyba popularna ksywa na takim stanowisku jak moje.

W tym autobusie byłem trochę zakręcony. Często myliłem ludzi, ile wsiadło i wysiadło, głównie w godzinach szczytu jak potrafiło wysiąść siedemdziesiąt osiem, a wsiąść pięćdziesiąt trzy różnymi drzwiami. Nauczyłem nie liczyć tylko patrzeć jak wsiadają i wysiadają, a później po prostu znałem wynik. Ogarniałem wszystko wzrokiem i samo się liczyło. Automatycznie i bez wysiłku. Musiałem tylko nie myśleć o dodawaniu i odejmowaniu, taki pusty łeb mieć, tylko się patrzeć. Wysiadała chmura ludzi to była fioletowo niebieska, czyli siedemdziesiąt trzy. Wsiadał pojedynczy człowiek to był biały, wysiadało dwóch to byli zieloni i tak dalej. Okazało się, że spoko z tymi kolorami, byle tylko podczas wsiadania i wysiadania nic kompletnie nie myśleć. Jak już podliczyłem to wtedy sobie mogłem myśleć. O filmie, który widziałem i że można by było go inaczej trochę nagrać, żeby na przykład końcówka była lepsza, żeby koleś nie ginął, albo ginął inaczej, o studiach, jak to cudownie być studentem, ale bez perspektyw. O Róży. Róża to dziewczyna, którą sobie wymyśliłem. Z prawdziwą to jest inaczej. Wszystko jest takie przewidywalne. Jak zabierasz ją na obiad to ona je, przeżuwa, łyka, chodzi do kibla, opowiada o sobie i koleżankach i problemach koleżanek, albo nic nie mówi jak ty chcesz właśnie, żeby gadała. Jak się z nią ruchasz to się gapi na ciebie, a wiesz, że widzi innego. Zakupy robi tak samo długo jak się maluje. Albo mówi do ciebie nagle jak akurat chcesz jej kwiatka kupić: „Jadę do domu, bo mnie łeb napierdala”. Humory ma co chwilę. Traktuje cię jak chłopca, a chce, żebyś był mężczyzną. Wcale nie jest dobra, tylko kombinuje i cwaniaczy. A Róża nie. I o to chodzi.

Po kilku dniach miałem pierwszy raz sprawdzać ludzi, a nie liczyć. Znienacka mnie wzięli. Rzeromski zapytał w taki sposób, jakby mnie informował:

– Młody, dzisiaj chcesz sprawdzać, nie? – a Radny po swojemu, tak na smutno – no bo my tu całą robotę jebiemy jak stachanowcy, trzeba zacząć się zamieniać. A wiecie – powiedział szybko, jednym ciągiem i wyciągnął szyje do okna. – Wczoraj to mi ta ruda chciała laskę zrobić – wskazał głową na kobiecinę po pięćdziesiątce patrzącą się na nas z przystanku. – „Tak ci obciągnę,” mówiła „że gwiazdy zobaczysz, jedynek z przodu nie mam czterech”, ale nie chciałem. A ty byś chciał Młody?

No i się stało. Musiałem być kanarem.

Było z trzydzieści parę rodzajów biletów, dokumentów na każdy z nich po dwa chyba. Wszystkie trzeba było znać i na pierwszy rzut rozpoznawać. Zwracać uwagę na brak podpisu w legitymacjach szkolnych i studenckich, datę ważności i numer kursu na jednorazowym, bo ludzie często dawali stary bilet itp. Było też pełno dokumentów na zniżki. Rencista, emeryt, kombatant, po siedemdziesiątym piątym roku życia i inne. No i niepisane umowy, że kanary jeżdżą za free wszystkimi busami, nie tylko MZK, ale też PKS. Za to kierowcy PKS i kanary z PKS jeździły za darmochę w MZK. Tak samo jak gliniarzy się nie sprawdzało, wojskowych i innych mundurowych. Niby jedna ekipa służby publicznej. Było pełno tych zasad. Tak jak sposobów na jazdę na gapę.

Gumowali te bilety, moczyli w acetonie i eterze. Smarowali skrobią i kasowali, wtedy łatwiej schodził nadruk w acetonie. Rzeromski opowiedział, że kiedyś, jacyś studenci wynaleźli gdzieś rolkę papieru, która była identyczna jak ta do biletów. Drukowali bilety na drukarkach atramentowych i były doskonałe. Wpadli, bo zaczęli je sprzedawać. Były też sposoby na kanara, np. powiedzieć, że leci wódą albo że użył siły. Kontrola nie mogła użyć siły, ale nie mogła też puścić bez biletu. Wtedy kanar dzwonił po Straż Miejską, ale oni rzadko przyjeżdżali. Był obowiązek pokazywania odcinka renty przez rencistów jadących na ulgowym, ale ochrona danych osobowych, więc też się wycwanili i robili problemy, machali tak, że nie można było nic przeczytać, a do ręki ci nie dali, bo nie musieli.

Podchodzę do pierwszego mojego klienta w życiu, takiego dziadka chudego z zadziorem w oczach i pytam o bilet a on, że „emeryt”. No to ja „odcinek emerytury”, a on, że „w domu ma”. No to ja o dowód osobisty poprosiłem. Wyciągnął otworzył i trzyma. Wziąć chciałem przeczytać, a on „Gdzieee? Ręce se umyj najpierw! Za młody jesteś żeby to dotykać!” Spojrzałem na Rzeromskiego, a on w śmiech, Radny obserwował, ale się nie ruszył. Odpuściłem dziada zmieszany i babeczkę obok o bilet proszę, a ona wzrok za okno i na okaziciela mi podała. Oglądam ten bilet, czytam, pierwszy raz widzę bilet na okaziciela to, co się będę spieszył, a ten dziad się odwraca i do babeczki, ale tak głośno że wszyscy słyszeli:

– Mieliśmy kiedyś na obozie takiego kurwę. Nikt go nie lubił, bo służbista. Kiedyś go wziąłem na bok i mówię, żeby zluzował bo ludzie się nerwują, a on do mnie z ryjem! Że do komendanta raport napisze. To ja mu mówię – pisz, a pisz sobie!

Nikt w tym autobusie już nie zwracał oficjalnie na mnie uwagi ale wiedziałem, że myślą tylko o mnie.

Jeden facet stanął w rozkroku tak cwaniakowato. Podszedłem i zapytałem o bilet, a on do mnie, że już wysiada i na przystanku wysiadł.

Jakaś baba obok z torbami pełnymi zakupów zobaczyła, że cwaniak wysiada, wstała nagle i mówi, że ona też wysiada i wysiadła.

Patrzę na jakąś parę obok i chcę zapytać o bilet, a ci się tyłem do mnie odwrócili i gadka do siebie. Obszedłem ich i od frontu o bilet proszę, a facet wyciągnął z kieszeni chyba z dwieście biletów, taki plik równiutko ułożonych używanych biletów i mówi do kobiety obok, że gdzieś tu miał. Stałem obok z dziesięć minut, a on grzebał w tych biletach. Autobus się zatrzymał na następnym przystanku i wysiedli.

Stałem jak kołek. Tamtych dwóch patrzyło na mnie ciekawsko, a ja już miałem dość. Tak mnie to zmęczyło jakby walec po mnie się przejechał. Miałem dosyć po dwudziestu minutach. A codziennie miałem mieć osiem godzin. Później było lepiej, bo Rzeromski sprzedał mi patent.

– Musisz taką smutną minę mieć, zero uśmiechu. Niski głos. Mówisz bilecik, a nie bilet. Stajesz blisko i od razu patrzysz na innych, kto się rozgląda, kto nerwowy jest. Profesjonalnie musisz wyglądać i groźnie. Jak klient zaczyna ściemniać to myśl sobie jak go zżerasz w całości. Jak ryba robaka. Żadnej gumy do żucia, bo to podrażnia klienta. Żadnych gadek filozoficznych, bo za młody jesteś.

A miarki? Mieliśmy miarki do sprawdzania wymiarów bagaży. Takie rozwijane dwumetrówki. Zawsze się znalazł ktoś, kto pytał o homologację do miarki. Na nich też był sposób;

– Zna pan przepisy? Nie? A powinien. Tam jest regulamin, przeczyta pan teraz czy Straż Miejska panu poczyta?

Wiadomo, że tam o żadnych homologacjach nic nie było. Ale jak do klienta bezczelnie, to się udawało. Tak z ryjem, opieprzać. Radny to lubił. W ogóle był wybitnie kreatywny. Stoję obok kierowcy i liczę, a Radny babę złapał, co nie miała biletu.

– Bilecik szanownej pani się zgubił? No to wypiszemy mandacik. Dowodzik pani posiada albo dokumencik jakiś?

– No jejku w domu zapomniałam. Dziś taka rozkojarzona jakaś jestem. To chyba przez męża. A pan ma żonę?

– Miewam. Nazwisko proszę. Zaraz będziemy dzwonić i ustalać czy prawdziwe.

– Halina Jakubik

– Zamieszkała….

– Karłowicza 2b

-Dziękuję. Młody masz telefon?

Miałem komórkę, ale nie było kredytu. Myślę, że kurde zawalimy te sprawę i mówię mu:

– No mam, ale nie mam na koncie….

Przerwał z miną skwaszoną.

– Na 112 nie trzeba, ile mam ci gadać?

Wziął telefon wybrał jakiś numer i do ucha przyłożył tak po dyrektorsku:

– Tu 784902 ustalcie mi dane….tak…tak….Jakubik Halina….tak ….tak…ok.

Oddał mi telefon i powiedział, że zaraz mi operator powie czy prawdziwe. Pomyślałem; co on pierdoli przecież babka mogła podać nazwisko sąsiadki, której nie lubi albo kogoś i zaraz blef spalimy. Radny zaczął swoją śpiewkę.

– Długo pani z mężem?

– 12 lat

– To musi pani go bardzo kochać, on panią też pewnie. Pani taka ładna to i kochana być musi.

Baba chyba wprawiona w takie gadki, bo mu od razu odcięła:

– A pan też by mógł sobie znaleźć, a nie tylko cudze.

– Cudze to za włosy, jak to mówiła moja babka góralka. Cudze wiedzą więcej i kochają mocniej. A pani to chyba wie.

– Każdy tam coś wie.

– Młody, kurwa, ustalili?- rzucił przez ramię dodając sobie „kurwą” animuszu.

Wziąłem telefon patrzę na ekran, że przecież nigdzie nie dzwonimy, ale co tam, chwytam temat. Przystawiam do ucha i mówię:

– Co jest z tym ustaleniem? Prawdziwe? Aha….no …no … cześć… prawdziwe – mówię.

– Ma pani szczęście, że zmęczony jestem. – Radny mrugnął do baby i poszedł sprawdzać dalej, a ona go odprowadziła wzrokiem poprawiając sobie włosy.

Radny namiętnie grał w totolotka. Miał notes, a w nim wszystkie losowania od 1957. Oglądał sobie kiedyś te numerki, podszedłem i zapytałem czy coś kiedyś wygrał. Odpowiedział, że jeszcze nie. No to ja na to, że musiałby grać kilkanaście lat tymi samymi numerami w każdym losowaniu żeby trafić raz szóstkę. Wtedy mi pokazał drugi notes. Były tam wykresiki częstości wypadania cyfr, tabelki z parami i trójkami liczb, daty, cyfry i mnóstwo innych danych.

– Raz w ’82 byłem blisko. Pomyliłem się o jedno oczko we wszystkich cyfrach. Gdybym dobrze policzył to by mnie tu nie było. Ale jeszcze nie skończyłem. Kupię komputer w przyszłym miesiącu, a znajomy da mi program do liczenia. Będzie łatwiej. Teraz mi skoczyły dochody. Wcześniej to ze wszystkich złapanych prowizji miałem z połowy, bo połowa zapłaciła, ale teraz sześćdziesiąt pięć procent ponoć. Zatrudnili windykatorów i ludzie więcej płacą. Będzie na komputer i może zacznę obstawiać systemem. Szczęście, Młody, można policzyć.

Nic mu nie odpowiedziałem. Nie chciałem gruchotać pasji medianą, silnią i losowaniem bez powtórzeń. Patrzyłem jak coś pisał w tych notesikach i myślałem, co by sobie kupił za wygraną. Milion albo dwa i reszta życia z odsetek. Jeździłby bez biletu, w koszuli z wysokim kołnierzem, w dżinsach i w marynarce. Czyściłby sobie buty co chwilę chusteczką żeby brązowa licowana skóra lśniła się jak psu jajca. Co środę i sobotę odwiedzałby kolekturę totka i obstawiał te same numery, a w knajpie pod blokiem wszyscy by go szanowali.

Jechałem z całą ekipą linią po osiedlach. I ledwie co sobie pomyślałem, że przecież ta moja tu ma kwadrat, patrzę wsiada z koleżanką. Wyglądały jak dwie lalki różowo- biało- dżinsowe, a spod makijażu nie szło zobaczyć twarzy. Wchodząc do autobusu od razu narobiły hałasu. Gadały jak nakręcone, jedna przez drugą. I ta moja mówi:

– Dzwoniłam do Roberta, tego wiesz, co kiedyś lataliśmy. Lansuję się z kurwami po mieście, a parę groszy na smsa do mnie nie ma, cipa. Wyjebane mam na niego, wypierdolone po prostu. Jeszcze o nim czasem myślałam, ale teraz niech pospierdala.

– Faceci to pedały – stwierdziła ta druga filozoficznie, a ja nie miałem pomysłu gdzie się schować. Rzeromski podszedł do mnie i mówi żebym poszedł dupeczki sprawdzić, a ja do niego, żeby sam poszedł, bo je znam i nie chcę obciachu. I wtedy podłączył się Radny.

– Obciachu? Pracy nie szanujesz to praca ciebie nie będzie. Napieraj na lale, ale od razu kochany, od razu, bo będzie dopiero obciach.

No to myślę, że to chyba z nami koniec będzie. To znaczy zamknie się sprawa kontaktów z tą oto panią za pięć sekund, ale może chociaż piruetem zakończę. Jak mam spłonąć to z fajerwerkiem. I dalej przedzieram się przez tłumek, podchodzę do niej i mówię:

– Jak cię usłyszałem na końcu autobusu to wiedziałem, że to ty. Sie masz? I z uśmiechem do niej.

– A ty tu co? – ona do mnie się odchylając jakby ją chciał całować obcy.

– W pracy jestem.

– Ty w pracy? Jakiej?

– Zajebistej. Masz bilet?

Popatrzyła na mnie, na koleżankę i znowu na mnie. Przełknęła ślinę.

– Ale jaka to praca?

– Ale czy masz bilet? – Mówię do niej i dalej uśmiech do ucha.

– Po co ci mój bilet? Przecież ja nigdy nie mam osiołku. Tak jak ty zresztą.

Wtedy podszedł Radny i od razu do mojej:

– Dokumencik w takim razie panienka posiada? Nie? To będziemy ustalać. Masz młody telefon?

– Karolina Piotrowska, Małachowskiego, cztery przez dwadzieścia sześć. – powiedziałem nie spuszczając oczu z „już nie mojej”.

Radny spojrzał na mnie z oczami jak talerze.

– Młody jak ty mi teraz zaimponowałeś to nie wiesz – wyciągnął blankiecik i zaczął zapisywać. – Masz Młody smykałkę do tej roboty – powiedział wypisując papier. – Nie każdy ma, a ty masz, i ja to wyczuwam. Wyczuwam jak prawdziwą damę z klasą. Jak komunistę darmozjada i kiedy mi trójka w sobotę wypadnie. Wiedziałem, to jak cię zobaczyłem pierwszy raz. Nieśmiały, ale w oczach pasja do ludzi. Płatne w ciągu siedmiu dni siedemdziesiąt pięć, po tym okresie stówa do trzech miesięcy. Po tym, gdy pieniążki nie wpłyną, kolegium. – I wręczył papierek niemej różowej lalce, po czym zwrócił się do tej drugiej:

– A koleżanka bilecik ma? No to żniwa mamy – zerknął na mnie i wskazał głową na laskę.

– Jak mi powiesz gdzie ta mieszka to się tu zesram.

Obie trzymały te kartki i gapiły się to na mnie, to na Radnego, który mimo wszystko się nie zesrał. Nic nie mówiły, tylko czytały kwity. Radny poinformował, że nie muszą już teraz wysiadać, bo na tych papierkach mogą jechać do końca trasy, a nawet dnia. Pokazał gest. Wysiadły na najbliższym przystanku, a ja patrzyłem przez szybę jak to amputowany członek doprowadza się do grzechu bluźnierstwa.

Wieczorem, po kursie Radny zagadał.

– Jak zapłacą to masz połowę z prowizji. To twoja laska była?

– Nie moja. Nigdy moja nie była.- Powiedziałem i poczułem relaks, bo moja była Róża

Żółwiu to był koleś, który nigdy nie jechał szybciej niż 60 na godzinę, ale to nigdy, nawet z górki hamował jak pustym busem jechał. Jak ruszał z przystanku i włączał się do ruchu można było zdechnąć z niecierpliwości, jak na filmie, kiedy ktoś sięga po pistolet, który jest trzy centymetry za daleko i to ujęcie trwa i trwa, a on sięga tym palcem i nie może. Tak się czuł człowiek jadący z Żółwiem. Wszyscy go znali w mieście. Jeździłem z nim na trasie gdzie czasem pięć osób przejedzie przez cały dzień. Fajna trasa, poza miastem, długie postoje. Sam liczyłem, sam sprawdzałem, bo Radny chory a Rzeromski do matki pojechał. Na którejś pętli Żółwiu się odezwał.

– Jak idzie sprawdzanie?

– Spoko, luz.- mruknąłem zdziwiony, że Żółwiu mówi, bo zwykle nic nie mówił tylko na przerwie jadł kanapki i czytał gazetę.

– Córka do mnie przyjeżdża dzisiaj. Na studiach jest we Frankfurcie. Pół roku w domu nie była.

Tak to powiedział z głupia frant, że mnie zatkało. Co on z tą córką? Pokiwałem głową ze zrozumieniem i nic, aż on znowu:

– Wiem, co o mnie mówią. Że żółw, że się wlekę. Ale mam najmniej przepałów, najwięcej oszczędności benzyny. O taki tutaj – pokazał na jakiegoś kierowcę rajdowca – pędzi jakby go goniło, wir w baku, śmierci w oczy patrzy, ale jedzie. Nigdy nie miałem wypadku i zawsze o czasie przez 20 lat. Co roku mam najwyższą nagrodę. Za to córka może studiować.

– Jakby pan jechał 5km/h szybciej też by mogła, a i ludzie mniej nerwowi byli. Dzisiaj, że żeś pan tego rowerzysty nie wyminął, to ja nie wiem. Co ja się na pana wyzwisk nasłuchałem. Aż sam zacząłem mięsem rzucać. Pierwszy raz mnie dzisiaj chyba polubili, tak żeśmy w tym autobusie jak jeden mąż na pana.

Żółwiu nic nie odpowiedział tylko z tym swoim uśmiechem wziął krzyżówkę i zaczął rozwiązywać. Zrobił to w taki sposób, w jaki jeździł, po prostu z uśmiechem uciął temat wpieniając mnie jeszcze bardziej. Polubiłem go. Biło od niego ciepło i ten wieczny uśmiech. Nie podnosił nigdy głosu, co było dziwne u kierowcy autobusu. Wyobrażałem go sobie, jaki jest w domu. Jakim jest ojcem i mężem. Jak to mleko niesie ze sklepu i się goli rano o czwartej. Jak tłumaczy gówniarzom żeby nie strzelali do gołębi z wiatrówki, bo to niepotrzebne. Jak sobie na działce jabłoń przycina delikatnie. Jak córkę na lody zaprasza, jak spacerują po rynku. Jak podchodzi do swojego autobusu, lekko kopnie w oponę dwa razy, z namaszczeniem wyciera boczną szybę. Jak siada na tym fotelu skrzeczącym, poprawia spodnie, lusterko, robi znak krzyża i zaczyna wkurwianie klientów Miejskiego Zakładu Komunikacji.

Nadchodził pierwszy weekend mojej pracy. Tydzień z życia kanara przeleciał nie wiadomo, kiedy. Ponoć w weekend najlepiej się zarabia w tej branży. Tak mówił Rzeromski.

– Bilety, legitymacje i podpisy muszą być – rzucił Radny widząc tłumek na przystanku.

Rzeromski znieruchomiał na chwilę obserwując dzieciaki oczami pantery gapiącej się na kozę. Zobaczyłem, że wsiadły niebiesko-czerwone trzydzieści cztery sztuki dzieciaków dziesięcio-dwunastoletnich. Trzy opiekunki. W pustym autobusie o godzinie dziesiątej rano nagle zrobiła się wrzawa. Dzieciaki jak to mają w zwyczaju darły się jakby inne były głuche, a opiekunki je przekrzykiwały. Radny poczekał, aż skasują wszystkie bilety i zaczął sprawdzanie powolutku i dokładnie, a Rzeromski zagadał do jednej z wychowawczyń. Jakiś turnus rehabilitacyjny z sanatorium pneumologicznego przyjechał do miasta. Muzeum, kino itp. Legitymacje miała mieć chuda w okularach, na przedzie. Podszedł i pyta piskliwym tonem:

– Ty masz legitymacje? To pokaż.

Ta ściągnęła plecak szuka i grzebie. Wyciąga kanapki, wodę mineralną, lekarstwa i czerwona. Zapomniała zabrać. Rzeromski się wyprostował i oczy mu się zaiskrzyły. Opiekunki zaczęły rozmawiać ze sobą, krzyczeć na małą. Kilkoro dzieciaków zaczęło się inhalować atomizerami. Radny spokojnie podliczył trzydzieści jeden razy siedemdziesiąt pięć, i że płatne w ciągu siedmiu dni itd. Jedna z opiekunek pokazała portfel i sześć stów, roztrzęsiona. Radny bez chwili zastanowienia, nie odrywając wzroku od portfela powiedział:

– Może być i zapominamy o sprawie. Pilnować następnym razem samemu dokumentów.

Jak wysiedli Radny podszedł do mnie i mi wcisnął do ręki dwie stówy.

– Tak to działa, to się nazywa mieć szczęście – mówi.

– Na piechotę z tymi płucami będą wracali? – Zapytałem lekko skołowany.

– Normalnie, na piechotę. Myślisz, że wyczyściliśmy je do zera? Że bankomatów nie ma? Młody, to ma taką samą funkcję edukacyjną jakbyśmy im oficjalnie wypisali. Nie bój nic, wycieczki są najlepsze. Wiesz, co? Robimy wolne, dziś jesteśmy zarobieni. Stawiam browar.

Wtedy już wiedziałem, że to jest ostatni dzień mojej pracy.

– Masz na komputer – powiedziałem wkładając dwie setki do kieszeni Radnego. – Jedną daj jemu – pokazałem na Rzeromskiego. – Liczyć nie umiesz. Z prowizji byś miał dwa razy tyle. Pierdolę takie szczęście. Dzisiaj kończę robotę, jak chcecie to idźcie. Ja zostaję do końca.

Wysiadając Rzeromski szepnął:

– Ale o tym to cicho, nie?

Tego dnia powiedziałem sobie, że nikt, no nikt nie dostanie luzu ode mnie. Nikt. Bo ja to czasem ludzi puszczałem jak byli w porządku i nie rzucali się. Nigdy nie dzwoniłem po straż miejską, nigdy kierowcy nie prosiłem o zatrzymanie busa w celu wyrzucenia kogoś. Podchodziłem na luzie. Ale wtedy miałem dobry dzień. Sobota nocny kurs z przedmieść do miasta i z powrotem. Napierdoleni wszyscy na imprezy jechali. Patrzę, siedzi trójka. Dwóch facetów i kobita. Największy był kilka razy taki jak ja. Mówię do niego „bilecik proszę” on mi kartkę, a tam zwolnienie z paki. I do mnie „bądźże mądrzejszy”, a ja, że „wysiada pan”, a on, że „w takim razie razem wysiądziemy” i mnie za szmaty. Ja do niego, „że wróci skąd wyszedł za te przepychankę i że on o tym wie”. Kierowca zatrzymał busa, drzwi otworzył i za radio. Drugi koleś nic nie mówił tylko do mnie spokojnie, że „chcą tylko do centrum”.

– Wszyscy tu do centrum. Bilety kupujecie u kierowcy czy wysiadacie?- powtórzyłem. Ten z paki zamierzył się na mnie i zamarkował cios. Wysiedli klnąc pod nosem. Krzyknął do mnie na odchodne:

– Znajdę cię skurwysynu, zapierdolę, no zapierdolę – a kobita z piskiem – Kanar, chuj na kaczych nogach, psi wytrysk jebany, nie zdążymy, w pizdu, pojadą bez nas do Kryśki.

Cały autobus na mnie. Cisza się zrobiła, ale za chwilę wszyscy już w rękach bilety trzymali. Kierowca spokojnie ruszył z przystanku, a glina, co jeździł na nocki tym busem uśmiechnął się do mnie. Obaj wiedzieliśmy, że się nadaję.

W poniedziałek poszedłem do księgowości. Baba z cyckami spłaszczonymi jak dwa chleby bez żadnych ceregieli przyjęła rezygnację. Powiedziała, że wszystko z agencją załatwią i czy za ciężko było?

– Nie, ale na dom to ja w ten sposób nie zarobię – powiedziałem, ale ona tylko pokiwała głową.

Zadzwoniłem do Marcina. Jakiś Turek we Frankfurcie miał dwadzieścia dziwek, ale wszystkie w leasingu rozrzucone po burdelach. Alfons zapragnął mieć własny „dom”, zakupił ruderę i trzeba było odremontować. Zgodziłem się od razu. Nie miałem wątpliwości, że Marcin, Turek i dziewczynki to przynajmniej potrafią liczyć.

 

 

Następny

Poprzedni