≡ Menu

Kojot zapija się na śmierć

Dziś wpis gościnny. M. W. Dołęgowski wylądował u Kondotiera. Nie chcę straszyć, ale jego króciutkie impresje prozą mogą się, od czasu do czasu, tu pojawić.

Kojot zapija się na śmierć. Nie wygląda dobrze, zresztą nigdy nie wyglądał, ale teraz to naprawdę końcóweczka. Stary Kojot ma siedemnaście lat i delirium wytrzęsło z niego całą chłopięcą witalność, pojawia się wieczorem, zgarbiony i zaśliniony, przybija piątki brudną, płaską dłonią, próbuje całować, dobiega jak udomowiona hiena. Psia wylewność powstrzymuje nas przed przepędzeniem go. Mówi, ty łobuzie, daj łyka i dopija nasze piwa. Ciąga się za nami krok w krok, a ja uważam, żeby nikt nie stracił cierpliwości i nie powiedział mu spierdalaj. W końcu sam to robię, ale nie tak łatwo pozbyć się Kojota. Idzie za nami ze spuszczoną głową.

Kojot ma tylko ojca, jak Huck w Tomku Sawyerze, gwałtownego pijaka i świnię. Matka nie wytrzymała; w śródmieściu, na melinach i w bramach nie wylewa się za kołnierz – pije się wszystko: ruską wódkę, nalewki spirytusowe, denaturat i wszelkiej maści procentowane chemikalia. Pije się dzień w dzień, noc w noc. Kojot dorasta pośród butelek; wystaje obsmarkany pod sklepem, ale małe, wodniste oczy, nie wzbudzają u nikogo litości. Opieka społeczna jest bezradna, bo Kojot, co by o nim nie mówić, pierdoli system jak nikt – wymyka się wąsatej babie niczym piskorz. Ojciec leży w krzakach nad rzeką z pokaleczoną twarzą.

Kojot obejmuje się chudymi ramionami i próbuje powstrzymać drżenie. Picie Kojota, to końcówka końcówki, jeśli mnie rozumiecie. To Janko Muzykant picia. Nie da się z niego wydostać TEJ tragicznej tajemnicy, bo gdyby ją wydostać, w Kojocie nie zostałoby nic.

– Kojot, do chuja, co ty robisz?! Obcałował Adama! – Adam siedzi podpity i bezbronny wobec ohydy Kojota. Kojot łasi się i nie wiadomo, czy chce piwa, czy przytulić nas wszystkich. Wyraźnie mu się podoba, wykorzystuje rozgardiasz i podniecenie, by zamienić z kimś kilka słów.

– Wywróciliście DJ Kojota!! – z piskiem rzuca się do mnie Asia – wywrócili Kojota! Błyszczą się jej brązowe oczy. Pięknie. Kojot leży na chodniku, nie rusza się i wygląda jak kupa szmat.

– Wstawaj! – podnoszą go na nogi. Jest oburzony, ale tak naprawdę nie rozumie, co się wydarzyło. Po chwili promienieje, DJ Kojot! krzyczy, jestem DJ Kojot.

Czytałem kiedyś przypowieść o Indianinie Kojocie, starym indiańskim zboczeńcu, który wkładał sprężonego członka pomiędzy liście truskawek, tak, by młode dziewczyny dotykały go myśląc, że to owoc. Nasz Kojot jest trochę obleśny. W piwnicach, na opuszczonym nocą bazarze, rosyjskie prostytutki, pijaczki, kto wie.(- Kojot, ty cwelu! – z daleka ktoś macha.). Ile taniego wina wypił dzisiaj Kojot? Idziemy z ławek na miasto, może do jakiegoś lokalu. Kojota nie możemy wziąć ze sobą, zbyt jest złachany, zaraz zaśnie, upadnie, albo, co gorsza, kogoś obrzyga. Trzeba się go pozbyć, wystarczyłoby kupić piwo, ale nikt się nie kwapi. Wchodzimy do knajpy bez niego, zostaje przed drzwiami, patrzy za nami smutnym wzrokiem. Kojocie, zabrałbym cię do środka, och, masz taką smutną minę. Rysy, jak nie ugotowane pierogi, nieudolnie ulepione przez pijaną matkę. Siedzimy do późnej godziny, wszyscy są mocno pijani, szczególnie dziewczyny, głośno krzyczą i objęte toczą się po chodniku. Ulice są już puste, co jakiś czas powoli przejeżdża radiowóz. Latarnie w B., a może wszędzie, dają taki miły, pijany blask. Kulawy Kojot, z płową głową i rozmytą twarzą siedzi na naszej ławce. Jest pochylony w każdej płaszczyźnie, trochę na bok, trochę do przodu i trochę w dół. Nie widzi nas, cicho podchodzimy; ma zamknięte oczy. Okrążamy go i w jednej chwili głośno krzyczymy KOJOT! Podrywa głowę, rozgląda się przestraszony, widzi nas, ale nie poznaje. To my, wydziera się Ada, znajomi. Kojot mruga nieprzytomnie. Widocznie spał i śnił jakiś koszmar, bo w oczach ma strach. Rzeczywistość wymieszała mu się ze snem; ciekawe, co dostrzegł w naszych twarzach. Wątpię, by była to radość, raczej wytrzeszcz z wysiłku.

Kojota spotkałem kilka dni później w barze mlecznym. Stał przy samej kasie, proszącym wzrokiem wlepiony w portfele studentów, wiejskich bab, chłopów z białymi, skręconymi jak włosy łonowe brwiami. Słabo wygląda, blady, oparty o stalową poręcz. Ekspedientki i kasjerka dobrze go znają, jakiś czas potem dowiedziałem się, że o nim i jego sąsiadach był program dokumentalny w telewizji „dzieci ulicy”, czy coś. O biedzie i piciu, wzruszający na ekranie, na jawie mniej. Dotarłem do początku, ale mnie nie poznał. Zapłaciłem i usiadłem przy stoliku. Po cichu, jak już wychodziłem, zapytałem, czy jest głodny i dałem mu pięć złotych. Nie chciałbym, by ktoś ze znajomych wiedział, co zrobiłem. Nie poczułem się najlepiej; czy był to dobry uczynek? Chodzi chyba o stosunek ilości posiadanej gotówki do sumy przeznaczonej na jałmużnę; jedno jest pewne, bycie świętym albo aspirowanie na niego musi być krępujące. Przecież każdy jest dobry. A tu nagle krok w stronę lepszości i odsadzamy część ludzkości w peletonie świętych. Kojot popatrzył na mnie zmęczonymi oczami i stanął na końcu kolejki. Nie miałbym do niego pretensji gdyby kupił sobie alkohol. Nie byłbym wtedy taki dobry.

M.W.  Dołęgowski

Następny

Poprzedni