≡ Menu

Pasja, Szedłem, Anioł

Dziś kolejne obserwacje Warszawy oczami, nosem i rękami M. W. Dołęgowskiego

Czy to, że nie był człowiekiem pasji wynikało z całkowitego braku obaw przed żywiołami? Szatnia była zatłoczona, remont żeńskiej części zmusił chłopców do ustąpienia miejsca koleżankom. C. wolne było od podobnych zagrożeń, nawet wiosenne powodzie zamiast wywoływać strach i panikę, dostarczały jedynie powodu do narzekań na służby miejskie. Wszyscy znajomi z podzamcza zawsze na początku kwietnia mieli problemy z zalanymi piwnicami – przy każdej kolejnej powodzi wspominali powodzie minione, jak to wszyscy sąsiedzi, stryjkowie i Bóg wie kto, wypompowywali wodę. Ja od dziecka mieszkałem w bloku. Koleżanki miałem różne. J. była cicho, chociaż chciała być głośno- powiesił się jej ojciec. T. była głośno, jej ojciec też się powiesił. Gruba G., przeintelektualizowana, musiała coraz bardziej tyć, doprowadzać własną powierzchowność do granic zmanierowanej ohydy, by resztki urody ustąpiły miejsca jej niepojętej osobowości. Nieśmiała A. wróci na gospodarstwo. Przeurocza R, jak Rubens: przez jej zasadniczego ojca marnowały się najwspanialsze piersi w szkole. Była L., co chciała być łobuziakiem i M. o gorącym serduszku. Były także aspirantki, mamki, mitomanki, jedna złodziejka. Ale z kolei, czy ludzie z terenów wiecznie zagrożonych niszczycielskim żywiołem, wszyscy są pasjonatami? Pan Mirosław, nasz cieć, obserwował uczniów pustymi oczami. Jak długo go znam tak sprawy porządkowe gówno go obchodziły.

***

Szedłem ul. Legionów, przechodziłem obok starego cmentarza i w pewnej chwili stanąłem. Stanąłem przodem do kierunku chodzenia, czyli twarzą ani do ulicy, ani do cmentarza. Trudno wymyślić głupszą i bardziej kolizyjną pozycję, ale gdy tylko się zatrzymałem poczułem znaczną ulgę. Stałem na środku chodnika i patrzyłem przed siebie, jak gdybym był w galerii i oglądał obraz z długo dobieranej odległości: sklepy, przystanek i kilka bab; reszta mnie nie obchodziła, zresztą jeden ruch zburzyłby powstałą zgodę. Stałbym może w nieskończoność, gdyby wrażenie właściwości takiego stania nie ustąpiło miejsca próbie odpowiedzi czemu stoję i skąd czerpię spokój. Może chodnik brukowany był czekramami i uczynił mnie przewodnikiem dla kosmicznej energii; może łaska boska, blisko cmentarza szczególnie aktywna zatrzymała mnie w świętym paraliżu; a może dostałem się w chmurę bezzapachowego środka psychotropowego rozpylonego przez wrogi kraj. Bezzapachowego? Spojrzałem pod nogi- prawym butem, zagłębionym jak w królewska poduszkę koronacyjną, stałem w gównie.

***

Mężczyzna z plamą w kroku leżał przy narożnym budynku poczty na Radzymińskiej. Drugi, ze skrzydłami jak na wpół wyciągnięte ze ściany płaty wełny mineralnej, drapał się po brzuchu. W przeciwieństwie do grupki osób drepczącej na przystanku nie czuł porannego chłodu. Wspięty na palcach facecik odbierał podawane przez okno butelki po piwie, nocny deszcz powoli sechł z chodnika, wszystko – brzęk szkła i gorzki zapach kurzu – tworzyło miły nastrój. – Wstawaj – anioł pochylił się nad leżącym i klepnął go w twarz. Gość pół otworzył oczy, zamamrotał głucho, przekręcił się na brzuch, podgiął kolano, wsparł się na łokciu i wstał. – Jestem niemożliwy – uśmiechnął się do siebie i chwiejnie wszedł między kamienice. Anielska cierpliwość to barokowy mit. Znów poczochrał się po brzuchu. Do siódmej sprawdzi tory przy wileńskim i pobieżnie Targową, brzydkie mordy i śmierdzące od gnijących flaków ciała, w drodze do św. Floriana wyczesze misie; niedziela jest spokojna, Praga odpoczywa po sobotnich przyjęciach.

Przez chwilę wydawało mu się, że jeden z pijaków uchwycił jego spojrzenie. Dopiero po chwili zorientował się, że wszyscy śpiący żule oślepli od ruskiej wódki. Pobudził ich najdelikatniej jak umiał, ostatnia taka pobudka chłopcy. Po drodze do kościoła postanowił zatrzymać się przy cerkwi na Czterech Śpiących, ale nie zauważył większego ruchu. Ktoś odpowiedzialny za trasę Białystok – Warszawa, beknie za wpadkę z metanolem, nie ma co liczyć na wyrozumiałość w związku Wielką Niedzielą. Nie przepada za nimi – może ten odwieczny antagonizm jest wyrazem znużenia papistycznym celibatem i zazdrością o anielice – drażnią go brody i surowe usposobienie prawosławnych aniołów. Kiedyś istniały mieszane patrole, ale nikt nie był specjalnie szczęśliwy, doszło do kilku bójek.

– Wstawaj – kolejny pijak w niedzielny poranek, zasrany, obrzygany ze skudloną głową i obitym pyskiem. Dalej przy ławce następny. Obok kubeł na śmieci, żona kazała mu wynieść, ale spotkał znajomego: po trzy byki, drzemka, dwa byki, drzemka, byk, drzemka i już niedziela. Św. Florian wygląda jak rakieta; czesanie misi to dobrowolna praca, lubi zwierzęta – miał kiedyś psa, ale trudno upilnować kundla i ktoś go ukradł. Ta banda z Targówka… dwie gówniary i trzech wyrostków. Ich szlak znaczą poprzyczepiane do drzew ogłoszenia w stylu: „zaginął młody, przypalany shitzu, jest w trakcie leczenia, nagroda, prosimy o kontakt…”. Miał to zgłosić, ale zimą nie ma na nic czasu, pijanych na ulicach jest mniej, ale wyjątkowo sprytnie się chowają.