≡ Menu

Ranking blogerów

Podejrzewam, że dinozaury robiły rankingi. Który Tyranozaur lepiej urwał nogę latającej kurze, czy też który Gallimimus miał najlepszy czas na setkę. Ranking blogerów jest kontynuacją tego procederu.

To prawda, że ranking jest metodą na skupienie uwagi. Wspaniały sposób zaangażowania tych, co się spodziewają zaistnieć. Będą oni sprawdzać ranking za każdym razem w celu zobaczenia w nim siebie.

Prawdą jest, że przy każdym rankingu są głosy o matactwach. Zwłaszcza gdy pozycja na drabinie oznacza pieniądze, władzę i seks.

Prawda to, że coś zyskuje w popularnym rankingu i twórca, i uczestnik.

Wydaje mi się, że jednak rankingi coś zabijają. Nie jestem pewny co. Łatwo mi mówić, gdyż jestem obecny tylko w rankingach, których nie wolno publikować (co napawa mnie swego rodzaju dumą), ale ranking jest trochę jak guma do żucia. Wywołuje potrzebę stworzoną przez siebie. Ranking wywołuje potrzebę bycia w rankingu.

No i tak właśnie na podium lądują sportowcy umoczeni w potrzebę bycia na podium. I tak góry zdobywają opętani potrzebą bycia na liście tych, co najszybciej i najwyżej. Dlatego rodzice chcą najlepiej dla swoich dzieci. Dlatego był wyścig zbrojeń i dlatego mamy Ajfony.

Nie wiem jak było, ale jest szansa, że dinozaury zrobiły ranking tych, którzy zjedli najwięcej innych. No i znalazł się jeden taki, z niską samooceną, perfekcjonista, zakompleksiony, introwertyczny Gigantozaur. Postanowił raz w życiu dokonać czegoś, czym mógłby zaimponować rodzicom (problem z zamkniętym w sobie ojcem i chłodną emocjonalnie matką).

Jestem daleki od stwierdzenia, że dinozaury wyginęły przez rankingi (skłaniam się raczej ku hipotezie, że oskładkowano im umowy śmieciowe), jednak wydaje mi się, że rankingi są jak miecz obosieczny.

Być może zamiast rozwijać to, co ma się w genach, potrzebujemy być w rankingu. Za to jacy jesteśmy. Bezwarunkowo. Żeby nas kochano i podziwiano. Za nic. Bo się nam należy.

 

Następny

Poprzedni