≡ Menu

Symion Lavlon cz.1

Nazywam się Symion Lavlon i byłem kapitanem w służbach specjalnych Jego Królewskiej Mości Lucyfera. W 1978 roku na skutek globalnego ocieplenia stosunków piekło zamarzło. Ponad trzydzieści lat szukali winnych. Razem ze mną wydalono Septunela, wspaniałego fachowca od zdrad małżeńskich, Ramoneza od korupcji i okrągłych stołów oraz Kefatona bogu ducha winnego patrona bankowców. Żal mój i rozgoryczenie na skutek pozbawienia pasji i zajęcia doprowadziły mnie do ostateczności. Oto moja historia.

Do pracy w agencji zwerbowano mnie podczas studiów na wydziale dziennikarstwa. Długo mnie sprawdzano. Sprawdzali czy potrafię trzymać język za zębami i badali wytrzymałość na pokusy dobroczynności. Testowano moją inteligencję i chyba ona zadecydowała o przyjęciu. Wszystkie testy rozwiązywałem dwadzieścia minut przed czasem, ze stuprocentową dokładnością, po litrze Hennessy. Przeszedłem kilkuletnie, tajne szkolenie. Uczyłem się biologii człowieka, zwłaszcza psychologii behawioralnej. Jednocześnie poznawałem historię Świata. Co ciekawe zawsze myślałem, że mój nowy szef został wydalony przez to, że nie chciał służyć człowiekowi. Jednak prawdziwym powodem było to, że właśnie on chciał stać się jednym z ludzi. Był zafascynowany człowiekiem jak nikt. Chciał nim być, żeby móc tworzyć, bo niestety został stworzony jako geniusz z kreatywnością równą zero. Jego aplikacje były sukcesywnie odrzucane, aż pewnego dnia wstał zza biurka i wyszedł. Dzięki temu powstała nowa firma, a szef obwołał się królem, co oczywiście nie było jego pomysłem. Logo jabłka ugryzionego przez Ewę to też nie jego pomysł.

Początkowo miałem pracować jako uśpiony agent w blogosferze, gdzie miałem pisać niewinne posty o lajfstajlu, jednak moje miejsce zajął ktoś z większym talentem literackim. Musiałem nabrać praktyki dlatego rzucano mnie w różne miejsca. Byłem asystentem producenta filmów s-f w Hollywood, liczyłem pieniądze w fundacji Nasza Orkiestra Gra Dla Ciebie, tworzyłem radio w Toruniu. Nawet w czasie wolnym, w ramach rozrywki, musiałem sprawdzać przepływ środków na dotacje dla mikrofirm w Unii Europejskiej.

Moją pierwszą praca była praca z alkoholikiem. Wspaniały człowiek. Właściwie niewiele musiałem robić. Potrafił sprzedać kolekcję znaczków swojego syna, żeby mieć na trzydniówkę. Ostatecznie wylądował w przytułku, ale udało mi się tak sprawy poprowadzić, żeby trafił do takiego, który jest blisko warsztatu samochodowego. Nauczyłem go jak zimowy płyn do wycieraczek filtrować i odmrażacz do zamków. W Tesco pokazałem kontenery, gdzie wyrzucali przeterminowane aromaty do ciast. Wszystko za darmoszkę, albo przy minimum wysiłku. Wspaniały człowiek. Łapał temat w mgnieniu oka. Niezwykle silny. Trzy lata wytrzymał. O dziwo, zamarzł. Liczyłem na samobójstwo.

Później było z górki. Czasami pracowaliśmy zespołowo, gdy klient miał potencjał i wpływ na innych. Taki ktoś to wspaniałe wyzwanie intelektualne. Kochałem to.

Wszystko szło wspaniale. Awansowałem. Każdego roku dostawałem jeden dodatkowy dzień urlopu. Firma płaciła mi ubezpieczenie. I musiały się te mendy z kontroli wewnętrznej doczepić. Od lat szukali winnych globalnego ocieplenia stosunków. Prześwietlali każdego, centymetr po centymetrze. Analitycy powiązali wydarzenia z 1978 z Wojdyłą i Polakami. Odkryto, że gdziekolwiek pojawią się Polacy to są problemy. Dobre, złe, ale zawsze problemy. No i wynalazły te skurwysyny z kontroli wewnętrznej, że miałem prababkę Polkę. Nawet testów mi nie robili. Wyleciałem.

Nie życzę nikomu bezrobocia. Spałem do dziesiątej, bo gdy wcześniej wstawałem to widziałem ludzi idących do roboty i ryczałem jak bóbr. Przestałem myć zęby. Zacząłem czytać biblię.

Pewnego dnia coś poczułem. Takie jakby ukłucie, ale bejsbolem w tył głowy. Myślałem, że to migrena albo, że śniadania nie jadłem. Ale nie. To natura dawała znać o sobie. Spojrzałem w pęknięte lustro i powiedziałem na głos:

– Nazywam się Symion Lavlon i celem mojego życia od dziś po wieczność będzie zemsta na byłym szefie.

Wyszło to ze mnie w sposób niekontrolowany i gdyby nie geny pomyślałbym, że jestem opętany. Ale oczywiście nie byłem. Mogłem też zwariować. Miałem jeszcze zachomikowane kilka testów ciążowych, których w piekle używaliśmy do stwierdzania normalności. I dwa pokazały, że wszystko jest ok, tzn. „w ciąży”. Zrozumiałem wtedy, że natura doprowadzona do ostateczności pokazuje swoje prawdziwe oblicze.

 

Następny

Poprzedni