≡ Menu

Symion Lavlon cz.2

Na tyłach sklepu, w którym, jak twierdziła reklama, można było znaleźć ponad sto gatunków piwa mieliśmy swój stolik. Właściciel, ze względów oczywistych, pozwalał nam tam grać, kiedy tylko naszła nas ochota. Teraz mieliśmy powód, żeby sprawdzić czy reklama nie kłamała.

– Jak mogli mnie tak urządzić? Byłem najlepszy. Ponad stu małżonków dzięki mnie miało kogoś na boku, z czego dwadzieścia procent było pośród tych stu. Co miesiąc kilka osób. Na wszystko miałem papiery, nagrania. Prowadziłem ewidencję przypadków. Takiego porządku w tym burdelu nigdy nie mieli i co? – Septunel otwierał piwo z czarną etykietą.

– Próbowałem wcisnąć Baalowi wycieczkę na Lanzarote i pięć tysięcy dolarów za to, żeby z nas trzech tylko ciebie wywalili. Bez obrazy – Ramonez ukłonił się w stronę Septunela. – Niestety, podziękował za wspaniałą próbę i poleciałem na zbity pysk.

– Skąd miałeś pięć kawałków? – Septunel wbił wzrok w Ramoneza.

Wszyscy spojrzeli na Kefatona, który z niewinną miną użył terminów „dźwignia finansowa” i „leasing operacyjny”.

– Co teraz zrobicie? – zapytałem.

– Cztery trefl – Septunel zapytał o asy Kefatona.

– Kontra – zaatakował Ramirez.

– Cztery pik – odpowiedział Kefaton.

– Jebnę mu zaraz – Septunel nachylił się w stronę Kefatona. – Głuchy jesteś? Będziesz grał te piki debilu.

– Kontra – powiedziałem z przekąsem. – No ale co teraz zrobicie? Bez roboty.

– Rekontra – Septunel poirytowany rzucił spojrzeniem pełnym piorunów w stronę partnera, po czym zwrócił się do mnie.

– Nie wiem. Mam jakieś oszczędności. Może założę agencję towarzyską. Może wyjadę gdzieś z dala od centrali. Nie wiem.

– A ty? – zapytałem Ramoneza.

– A co można robić po naszej robocie? Idę w politykę. U mnie na dzielnicy komitet osiedlowy poszukuje rzecznika prasowego. To dobry start.

– Ja nic nie będę robił. Mam znajomego w fundacji, która pomaga niewidomym. Mogę zacząć od zaraz. Dobra kasa, zero odpowiedzialności. A ty jak? – Kefaton nieprzejęty zbliżającą się porażką w tym rozdaniu, z uśmiechem pociągnął kilka łyków piwa Trapistów.

– Sam nie wiem – odpowiedziałem. – Chyba pójdę w działalność charytatywną. Dalej mogę pracować, tylko kasy nie będzie. Będę organizował akcje na własną rękę, może będę pomagał młodym.

– Będziesz robił tę samą robotę dla szefa, anonimowo, za darmo?

– Tak, tak chcę. To całe moje życie. Nic innego nie umiem robić – teatralnie spuściłem oczy w nadziei uzyskania lepszego efektu dramatycznego.

– Wiesz co, Kefaton? – Septunel z przekąsem odezwał się do partnera. – Nie umiesz liczyć do trzynastu, nie dziwię się, że byłeś w dziale bankowym. Ta robota dla niewidomych to strzał w dziesiątkę. Dasz radę myślę.

Napięcie dało się wyczuć u wszystkich. Siedzieliśmy do rana sącząc dziesiątki różnych piw i wspominając stare, dobre czasy, które skończyły się kilkanaście dni temu. Pod koniec, gdy wszyscy już mieli dość alkoholu, brydża i siebie nawzajem zapytałem Septunela.

– A pamiętasz jak kiedyś podstawiłeś żonę takiego chorążego pułkownikowi?

– Do dzisiaj nad tym pracują, końca nie widać. Gówno jakich mało.

– Co tam właściwie się stało?

– Sprawa była prosta. Poszła babka do łóżka kolesia, który blokował ten przetarg na pociski do Libii. Plan był zrobić bagno u pułkownika w rodzinie, podnieść stresory i zacząć naciski, żeby zmiękł. Babka miała kryzys z mężem, liczyliśmy na sukces. No a ten pierdoła wybaczył żonie, ona olała pułkownika, przetarg przepadł, wojna przesunęła się o dwa lata. Szef wziął to jako osobistą porażkę. Powiedział, że chorążego zniszczy na dobre.

– I co się tam teraz dzieje?

– Jak odchodziłem był projekt, żeby syna tego chorążego do wojska zaciągnąć. Oddelegowano do tego dwóch najlepszych strategów. Młody miał wylądować w najgorszej jednostce, z największymi sadystami. Ponoć ma talent do architektury. Jak trafi do wojska mają mu nerwy puścić i wiadomo; wariatkowo, codziennie psychotropy przez parę lat, nic już nigdy nie zrobi. Syn ma stracić talent i pasję, ojciec ma na to patrzeć. Szefu chce dać pokaz.

– Piękne, piękne – szeptałem z uśmiechem. I choć czułem, że nie należy portera mieszać z żadnym innym piwem, wiedziałem gdzie zacząć moją zemstę.