≡ Menu

Trzy krowy – zniknięcie Małej

Na pastwisku, na tyłach ogrodu, gdzieś pod Poznaniem, pośród innych czarno-białych krów pasły się Średnia i Duża. Małej nie było od rana. Większość zwierząt tylko o niej rozmawiała. Nawet dżdżownica Matylda, jak na rasową rosówkę przystało, nie wyszła rano na spacer tylko siedziała przestraszona w ziemi.

– Musimy wyruszyć z misją ratunkową! – Średnia miała wielkie, przerażone oczy.

– Nonsens! Nic nie musimy. Jesteśmy krowami. Naszym celem jest zamienić się w pożywienie, skóry i ewentualnie służyć mlekiem.

– Ale chyba możemy trochę nagiąć zasady?

– Jak?

– Wyruszyć z misją ratunkową. Uratujemy Małą i wrócimy do trybu krowiego. Nikt się nie zorientuje. To bedzie fascynująca podróż.

– Lepiej jest zostać kurtką skórzaną. Wtedy można brać udział w zawodach sportowych, balonowych, samochodowych i innych różnych. Na bazarze sobie można powisieć w Turcji. Ale żeby cię wybrali musisz mieć dobra skórę, a taka tylko, kochana, poprzez dietę. O tak, skubiesz tylko młode pędy – powiedziała Duża i pyskiem dokonała selekcji źdźbeł z kępki.

– Ale do zostania kurtką trzeba czasu, a tymczasem Mała potrzebuje naszej pomocy.

– Nie wiadomo czy potrzebuje. Poza tym nie wiemy gdzie jest. Jak mamy ratować kogoś, kto wcale nie chce być ratowany i jest zniknięty?

– Chyba poszła do Australii.

– Skąd wiesz?

– Zawsze chciała pójść do Australii ze względu na kangury. To nie może być daleko.

– Myślisz, że przed wieczorem mogłybyśmy wrócić?

– Ooo, na pewno.

– Cześć dziewczyny – młody byczek w podskokach przemknął w stronę khakiej jałówki.

– Cze – odpowiedziały jednocześnie i odprowadziły go kawałek wzrokiem.

– No dobrze – powiedziała niepewnie Duża. – Ale muszą mnie dziś wydoić, żeby nie było problemów po drodze. Strasznie nie lubię obijania pełnych cycków o nogi.

– Wspaniale – Średnia zabrała się za skubanie młodych pędów z myślą o przyszłości, a Duża poszła się napić.

Słońce chyliło się ku zachodowi, ale to tylko taka figura stylistyczna, bo nawet najgłupsze z krów wiedzą, że to zachód chyli się ku Słońcu. Na polu poszarzało i zrobiło się chłodniej. Na polną drogę obok pastwiska wyszedł jeż Zygmunt, a na spróchniałej wierzbie przysiadła sowa Zofia. Dzień kończył się i elegancko robił miejsce dla nocy.